Żeby poczuć się jak odkrywca dalekich lądów i pogromca oceanów, nie trzeba odbywać długich i kosztownych podróży na pokładach dużych morskich jednostek. Wystarczy trochę fantazji, odrobina żeglarskich umiejętności i mocna łódka. A polskie wybrzeże, choć nie jest daleko, dla żeglarstwa plażowego stanowi wciąż akwen niezbadanych możliwości.
Geneza
Pomysł na naszą wyprawę dojrzewał stopniowo, w miarę jak rozwijałem się, jako żeglarz i próbowałem określić swoje miejsce w szeroko pojętym świecie jachtingu. W zeszłym roku obroniłem na uczelni pracę dyplomową, w której odpowiadałem na pytanie, co żeglarz może znaleźć na polskim wybrzeżu Bałtyku i czy jest ono w stanie konkurować z naszymi sąsiadami.
Wśród różnych wniosków, jakie nasunęły się po zebraniu wszystkich materiałów, na szczególną uwagę zwracał specyficzny kontrast między tym, co prezentują polskie porty, a tym, jakie jachty rodzimej floty mogą do nich zawijać. Na wybrzeżu jest niewiele miejsc, do których wejść można w każdych warunkach pogodowych. Spróbujmy, np. wskoczyć do Ustki przy zachodnim wietrze przekraczającym 5°B. Pokonanie prądu na wejściu i fali w główkach to gwarancja nowych siwych włosów i mocnego postanowienia, że następnym razem to tylko w ostateczności. A przecież są inne miejsca, które dla większości jednostek balastowych są po prostu niedostępne i to niezależnie od warunków pogodowych. Jak zatem uprawiać turystykę żeglarską, odwiedzając porty jachtem, który zwyczajnie się w nich nie mieści? To teoretycznie proste. Wystarczy go zmniejszyć. Wszak dla mieczówek, które wciąż żmudnie torują sobie drogę przez urzędy ku czystemu horyzontowi, otwierają się już główki płytkich Rowów, czy Mrzeżyna. A co, jeśli ktoś zafascynowany "szuwarowymi" peregrynacjami chciałby wprowadzić na morze styl żeglowania niezależny od przystani, czy marin? Potrzebą znalezienia odpowiedzi na to pytanie kierowaliśmy się przygotowując założenia tegorocznego rejsu. Chodziło "po prostu" o to, żeby przepłynąć określony dystans wzdłuż plaży, nocując po drodze na piasku.
Jednocześnie w ramach naszej organizacji (Stowarzyszenie Rozwoju Turystyki Specjalistycznej "TASK") opracowaliśmy program: "Bałtyk- nie tylko plaża"(obecnie: Otwieramy Wybrzeże-przyp. red.), mający na celu rozpowszechnianie wśród amatorów leżenia na piasku, aktywną rekreację, wykraczającą nieco poza kiwanie się na falach na materacu. Rejs plażowy miał być jego częścią.
Jacht
Na wiosnę br. przeprowadzałem "suchy" test jachtu typu Merlin konstrukcji Pana Marka Jankowskiego. Mocna konstrukcja łódki, swoją solidnością mogłaby spokojnie konkurować ze znacznie większymi produkcjami stoczniowymi. Pan Marek zgodził się udostępnić nam jachcik, żeby przetestować jego walory w praktyce. Merlin to slup o powierzchni żagli, w zaleznosci od wersji, 7, 8,5 oraz 10m2. Z uwagi na specyfikę bałtycką, postanowiliśmy wybrać opcję 8,5m2. W razie czego mogliśmy jeszcze zmniejszyć nasz napęd korzystając z refbanty, w którą został zaopatrzony grot. Przy swojej 3,6m dł. kadłuba, łódkę cechuje dość pękaty kadłub, co nadaje jej stosunkowo dużą wyporność. Dzięki temu zachowuje pełną sprawność nautyczną przy załadowaniu jej dwoma załogantami i bagażem.
Załoga
Liczbę członków załogi określiła łódka. Choć na Merlinie w normalnych warunkach mogą podróżować nawet 3 osoby, to jednak ilość rzeczy, jakie należało zabrać, automatycznie dokonywała redukcji do liczby parzystej. Wybór padł na Arka, który nie posiadając żadnych doświadczeń żeglarskich, udowodnił swoją potencjalną dzielność morską w trakcie wielu wyjazdów górskich. Uznałem, że pomimo nazywania "związu wantowego", "węzłem zderzakowym", powinien dać sobie radę w słonowodnych warunkach.
Rejs
Wyprawa zaplanowana została na pokonanie odcinka znajdującego się pomiędzy Kołobrzegiem i Władysławowem. Żeby nocować na plaży potrzebna była jeszcze zgoda stosownych urzędów morskich. Od Kołobrzegu do Łeby bardzo pomocny okazał się Urząd Morski w Słupsku, który natychmiast odpowiedział na naszą prośbę, wydając zezwolenie z uwzględnieniem kilku "stref zakazanych". Odległość z Łeby do Władysławowa (Urząd Morski Gdynia) postanowiliśmy pokonać jednym skokiem, żeby uniknąć konieczności tłumaczenia się z nielegalnie rozbitego namiotu.
W ostatniej chwili, obawiając się przedłużającego się na wybrzeżu sztormu, zdecydowałem na skrócenie trasy tak, żeby zacząć w Ustce. To dawało pewność, że gdyby zła pogoda utrzymywała się za długo, nie utknęlibyśmy gdzieś na zachodzie a także nie musielibyśmy obawiać się artyleryjskich stref treningowych znajdujących się przed Ustką. W przypadku ich zamknięcia pozostalibyśmy bez możliwości kontynuowania rejsu, nie mówiąc już o sytuacji, w której bezwiednie wpłynęlibyśmy tam gdzie w danym momencie wcale nie powinniśmy być. Żaden z nas nie chciał stać się żywym elementem tarczy strzelniczej.
12 sierpnia w nocy lądujemy na plaży położonej ok. 1 km na zachód od portu w Ustce. Ciemno, mokro, a porywisty wiatr zdaje się przeczyć optymistycznym prognozom, że niż odpowiedzialny za sztorm, odsuwa się z rejonu wybrzeża. Przy dźwiękach fal, uderzających o falochron rozstawiamy namiot, który natychmiast "przyknagowujemy" do naszej łódki. W ten sposób mamy pewność, że choć targany wiatrem, przynajmniej pozostanie na swoim miejscu. Przerzucamy resztę gratów samochodu, który nas przywiózł, po czym żegnamy się z załogą naziemną i życzymy wzajemnie dobrej drogi do Władka. Oni pojadą lądem, a my po wodzie.
Następny dzień jest kontynuacją tego, co słyszeliśmy w nocy, a czego z powodu ciemności nie byliśmy w stanie jeszcze zobaczyć. Wiatr, choć zelżał, w dalszym ciągu spokojnie przekracza 6°B, czym automatycznie przekłada start z plaży przynajmniej na dzień następny. Przy takiej fali z załadowaną łódką nie będziemy w stanie pokonać przyboju, a dalsza żegluga wymaga jeszcze wyjścia kawałek dalej od brzegu, żeby w bezpiecznej odległości minąć główki portu w Ustce.
Uzbroiwszy się w cierpliwość i w aparat fotograficzny ruszam wzdłuż plaży z zamiarem obejrzenia miasta i zdobycia nowych informacji na temat spodziewanych zmian pogodowych. Prognoza ciągle zachowuje optymizm, jednak na pełną poprawę trzeba poczekać do wtorku. Ponieważ mamy dopiero sobotę, sprawdzam, co grają w kinie.
Wyruszamy dopiero w poniedziałek, odczekawszy wcześniej do południa i podejrzliwie spoglądając w niebo. Wiatr już osłabł i utrzymując zachodni kierunek, osiąga jakieś 4-5°B. Dziś po raz pierwszy, od chwili przyjazdu na wybrzeże, zza chmur wychodzi słońce, co natychmiast daje się zauważyć po ożywieniu wczasowiczów, do tej pory unikających jakiegokolwiek kontaktu z plażą. Dookoła, jak grzyby po deszczu, pojawiają się kolorowe parawany..
Pierwsze zejście z plaży dostarcza nam wystarczającej ilości danych, żeby wiedzieć, że w strefie przyboju i załamujących się fal należy przebywać możliwie krótko. Wodę z kokpitu udaje nam się wybrać gdzieś na wysokości portu w Ustce. Utrzymujemy kurs bagsztagowy i mając brzeg w odległości ok. 0.5Mm po prawej burcie jedziemy, buszując między falami, w kierunku Rowów.
Merlin, w słonowodnych warunkach, radzi sobie całkiem nieźle. Jego obszerne nawisy pokładu skutecznie chronią załogę przed bryzgami, a dobrze rozłożona na całej długości kadłuba, wyporność sprawia, że nie uderza tępo w fale i nie bierze ich na siebie, jak łódź podwodna.
Następne dwa dni to jazda w słońcu, przy pomyślnym wietrze, gdzie błękit nieba i rozgrzany piasek przywodzą na myśl raczej klimaty rodem z południa, a nie surowe morze nieprzychylne żeglarzom. W nocy nie trzeba już pilnować, żeby wiatr nie zabrał namiotu, a wielkie piaszczyste przestrzenie, na których jesteśmy właściwie jedynymi gośćmi równoważą wcześniejsze niewygody oczekiwania na sprzyjające warunki. Nasza beztroska kończy się w Łebie, skąd czeka nas skok przekraczający swoją długością to, co przepłynęliśmy do tej pory.
Lądujemy nieco dalej od miasteczka, tak by mieć je w zasięgu dłuższego spaceru. Jest środowe popołudnie. Wiatr wzmaga się nieznacznie w miarę zbliżania wieczoru, tak że nieuczęszczane fragmenty plaży pokrywają się charakterystycznymi piaskowymi fałdami. Decyduję, że jeśli następnego dnia wiatr jeszcze stężeje, odczekamy trochę, tym bardziej że Łeba prezentuje się bardzo urokliwie, a po 2 dniach spędzonych wśród dzikich plażowych ostępów, wcale nie będzie nam przeszkadzać ta mała dawka nadmorskiej cywilizacji. Jednak nazajutrz wiatr trzyma swoje 4-5°B z zachodu, więc ruszamy.
Wywrotka
W czwartek o 0900 po raz ostatni zwijamy namiot i spychamy Merlina na wodę. Sprawnie pokonujemy tor wodny na podejściu do portu w Łebie i trzymając bagsztag, trzymamy kurs na Rozewie. W ten sposób mija parę godzin, w czasie których siła wiatru rośnie do pełnego 5B. Jacht zdaje się nie przejmować tym, jednak większe fale zmuszają mnie do zwracania większej uwagi na ster. Gdy około 1600 docieramy do przylądka, z ulgą witam osłonę, jaką nam daje. Choć widać już Władysławowo, zastanawiam się nad zarefowaniem grota. Uznając jednak, że ta czynność na otwartym morzu może sprawić trudności, postanawiam schować się całkowicie za Rozewie, żeby tam pod osłoną brzegu zająć się żaglami. Do szczęścia pozostaje już tylko ostatni zwrot przez rufę.
Czy to z powodu bliskości portu docelowego, czy z oszołomienia długą żeglugą z wiatrem ze zdziwieniem obserwuję jak, nasz jachcik, po raz pierwszy w tej podróży, nie chce mnie słuchać. Podmuch, jaki naparł na luzowanego grota wraz z uderzeniem fali, nie dał szansy na reakcję. Położyliśmy się przykładowo, jak w opisie z podręcznika młodego żeglarza.
Na szczęście Merlin ma wypełnione pianką maszt i bom, co skutecznie zapobiega zrobieniu pełnego "grzyba". Wszystkie rzeczy na pokładzie były zabezpieczone, a aparaty fotograficzne i dokumenty znajdowały się w wodoszczelnym forpiku. Wyjątek, jak na ironię, stanowił jedynie mój ratunkowy kombinezon, który zdjąłem 10 minut wcześniej. Teraz obserwuję, jak oddala się spokojnie z wiatrem i tłumię w sobie chęć rzucenia się na ratunek czegoś, co przeznaczone było pierwotnie do ratowania mnie.
Postępując według wskazówek konstruktora, podejmujemy próbę postawienia jachtu. Powoli maszt podnosi się do pionu. Korzystając z tego, że znajdujemy się po przeciwległych burtach, wciągamy się na pokład. Kiedy docieramy już na pobliski brzeg, widzimy jak z portu wychodzi jednostka ratunkowa SAR. Ratownicy zorientowawszy się, że wszystko w porządku, zawracają wyławiając wcześniej mój nieszczęsny kombinezon.
Na plażę we Władku docieramy już na samym foku. Na miejscu czeka niezawodna ekipa lądowa. Przenosimy Merlina z powrotem na przyczepę. Łódka nie sprawia wrażenia zmęczonej po całym rejsie. My także, po podzieleniu się pierwszymi wrażeniami, umawiamy się, że za rok popłyniemy znowu. Wyprawa, choć z przygodami, zakończyła się powodzeniem. Trzeba jeszcze tylko pójść do portu, podziękować i odebrać kombinezon..