Linki

PORT 21 - Magazyn Wodniaków

Projektowanie jachtów Charleston.pl

Tourism promotion - Promocja turystyki i regionów

 
 

Pjoa na Pucyfiku (ale nie tylko) - część 2

"PJOA na Pucyfiku (ale nie tylko)" część: 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7

Autor: Robert Hoffman
Fot.

W pewnym momencie żagiel spada do wody i łódka staje w miejscu. Zerwało się elastyczne mocowanie bloczka fału na topie masztu wykonane z kevlarowej linki, które nie wytrzymało silnych szarpnięć wywołanych falowaniem. Naprawa trwa kilka minut: zabezpieczenie żagla, zluzowanie want i położenie masztu, założenie szekli w miejsce zerwanego przewiązu, postawienie masztu, napięcie want i podniesienie żagla.

Postanawiamy wypłynąć na zatokę w poniedziałek, 21 lipca.
Prognoza przewiduje wiatry o sile 2-3 w skali Beauforta z ćwiartek zachodnich, ale też burzowe zachmurzenie i silne opady, których od rana właśnie doświadczamy - bez szczególnego entuzjazmu. Korzystając z dostępu do internetu w bosmanacie jachtklubu "Neptun", Janusz szczegółowo analizuje dostępną prognozę. Według map zachmurzenia, podawanych przez ICM, wynika, że chmury burzowe powinny wędrować nad lądem, wzdłuż brzegu Zatoki Gdańskiej, nie wychodząc nad morze i następnie, stopniowo zanikać.

Wierzymy, że znajdziemy odpowiednie okno pomiędzy burzowymi chmurami i postaramy się dopłynąć najdalej jak się uda. Pakujemy się i szykujemy do wypłynięcia. Moment naszych ostatnich przygotowań, odejścia od kei i halsówki (szantowania, lub jak to woli wekslowania) na Wiśle Śmiałej fotografuje i filmuje przybyły właśnie do "Neptuna" Jurek Makieła (znany też jako "Papa Jurmak"). Dzięki temu "środowisko żeglarskie tkwiące przed ekranami komputerów" dowiaduje się o naszym wyjściu w zapowiadany rejs. Widoczne, na filmikach Jurka, chmury zwiastują to, co zdarzy się parę chwil później... 

Port21.pl Reklama w internecie | Projektowanie stron

Po mozolnej halsówce do główek, w słabym wietrze, w końcu udaje się nam wyjść na Zatokę - z morza nadbiega, jednak, martwa fala, która bardzo hamuje nasz bieg. Janusz pomaga swojej pirodze wiosłem, dzięki któremu udaje się nam oddalić od złowieszczych gwiazdobloków i palisady "Cefeusza". Jeszcze trochę machnięć, aby odejść dalej od brzegu, ominąć w bezpiecznej odległości, wystający daleko w morze, Port Północny i możemy wreszcie przyjąć zamierzony kurs w głąb zatoki. Rozglądamy się bacznie, czy na torze podejściowym nie pojawi się nagle jakiś bardzo szybki statek, ale jest spokojnie.

Przy wietrze o sile 2o B żegluga staje się przyjemna - płyniemy z prędkością około 4-5 węzłów, jednak z niepokojem patrzymy na to, co dzieje się nad lądem. Widzimy płynące wzdłuż lądu z NW na SE czarne chmury. Mijamy płynący na silniku jacht, którego skipper pyta, czy chcemy, aby podholował nas do Górek. Przecież, chyba widać, że płyniemy w odwrotnym kierunku i że zaraz tam, w Górkach, będzie lało? Ostrzega nas przed burzami (których jesteśmy doskonale świadomi) i odpływa. Obserwujemy dalej rozwój sytuacji - wielka czarna chmura, zgodnie z naszymi oczekiwaniami, przesuwa się nad Port Północny i Górki Zachodnie - za chwilę widzimy, że zaczyna się tam burza z piorunami i ogromna ulewa. Cieszymy się, że jesteśmy od niej daleko - dosięga nas tylko trochę deszczu z ogona tej chmury.

Płyniemy więc dalej, pilnie obserwując, rozwój wypadków. Trafia nam się gwałtowna "odkrętka" wiatru i łapiemy "backwind" -  coś, czego klasyczne, pacyficzne proa bardzo nie lubi, czyli wiatr od niewłaściwej strony, bo maszt jest owantowany tylko od strony pływaka-przeciwwagi (zwanego po angielsku "outrigger", albo po polinezyjsku "ama"), który zawsze powinien być po stronie zawietrznej. Janusz doskonale wie, co wtedy należy zrobić: żagiel i wybrany szot zachowują się jak kolejna wanta od "nowej" nawietrznej, a łódka  wykonuje cyrkulację, aż wróci na właściwy hals. Po krótkich emocjach możemy płynąć dalej. Kontynuujemy swoją żeglugę, wciąż bacznie obserwując burzowe chmury, które zdają się, jednak, nie znać naszej prognozy pogody. Jako pierwszy od wybrzeża odrywa się wielki cumulonimbus, który, wydawało się, że dał już z siebie wszystko nad Górkami Zachodnimi - grzmi i leje z niego nad wodami Zatoki Gdańskiej, jeśli nie zawróci w naszą stronę, to wiele nas nie obchodzi, ale nie jesteśmy go bardzo pewni. Na szczęście odchodzi na Wschód pomrukując i błyskając złowieszczo, wciąż budząc respekt. Za chwilę, przed dziobem, znad Gdyni wyskakuje nad Zatokę drugi wielki cumulonimbus. Tego jest już dla nas za wiele - wybieramy miejsce na brzegu w pobliżu plażowej restauracji i kierujemy się w tamtą stronę. W pewnym momencie żagiel spada do wody i łódka staje w miejscu. Janusz mówi tylko "spoko, spoko, nic się nie dzieje, zaraz naprawimy".

Zerwało się elastyczne mocowanie bloczka fału na topie masztu wykonane z kevlarowej linki, które nie wytrzymało silnych szarpnięć wywołanych falowaniem. Naprawa trwa kilka minut: zabezpieczenie żagla, zluzowanie want i położenie masztu, założenie szekli w miejsce zerwanego przewiązu, postawienie masztu, napięcie want i podniesienie żagla. Pokażcie mi inny morski jacht, na którym tak szybko i bezpiecznie, w drodze, zlikwidujecie awarię na topie masztu!

Za chwilę jesteśmy już na brzegu, a tu niespodzianka - Janusz spotyka swoje wujostwo. Zanosi się na burzę, ale jakoś tak niemrawo, czarne chmury nad Gdańskiem i Gdynią dają o sobie znać błyskawicami, a nad nami przepływają tylko pojedyncze obłoki i świeci słońce. Spokojnie idziemy do pobliskiej restauracji na obiadokolację. Janusz zadaje pytanie, czy nie będzie przeszkadzał w pobliżu nasz namiot... i po posiłku szykujemy się do jego rozstawienia.

Jeszcze tylko rozmowa z ochroniarzem ostrzegającym nas, że Straż Miejska ściga rozstawione na plaży namioty, ale jemu nasz namiot przeszkadzał nie będzie. Rozpakowujemy się i rozstawiamy namiot bliziutko restauracji. Około północy zamiera ruch w restauracji, ale nie znaczy to, że plaża śpi. Wciąż ktoś przechodzi, wciąż słychać ciche lub głośne rozmowy i nawoływania, a około trzeciej nad ranem, powracający z jakiejś dyskoteki "balownicy" uczą się nawzajem, "jak powinna wyglądać kobiecość w polonezie" i prowadzą dysputę teologiczną. Jeden z nich, zmęczony, przystaje przy PJOA w celu załatwienia potrzeby fizjologicznej, co wywołuje naszą natychmiastową reakcję i zmitygowany delikwent przeprasza i zapewnia, że on tylko na piasek, a nie na łódkę... Chwilę potem z jakiegoś kolonijnego ośrodka przybywa grupa chłopców z opiekunką w celu podziwiania wschodu słońca. Dzielni chłopcy głośno wyrażają swój zachwyt nad owym zjawiskiem, a tak naprawdę - przegadują tę wyjątkową chwilę, bo chyba jeszcze nie potrafią się nią zachwycić.

Najgorszy jest jednak zimny i wilgotny piasek, od którego nie izolują ani karimaty, ani śpiwory - w namiocie jest nam po prostu zimno.

"PJOA na Pucyfiku (ale nie tylko)" część: 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7
 
 
  © Magazyn Wodniaków Port21.pl | Reklama w internecie | Photo Stock | Promocja regionów i turystyki | Projektowanie stron
Projektowanie stron, pozycjonowanie stron www
Katalog SEO   Katalog Stron www   Katalog Dobrych Stron DI   Katalog Stron WWW
 
Strona główna Biuro podróży