"PJOA
na Pucyfiku (ale nie tylko)" część: 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 |
7
Autor: Robert Hoffman
Fot.
W okolicy przystani rybackiej w Krynicy lądujemy w przyboju, który wzrósł już do ponad metra. Moje pierwsze lądowanie w przyboju jest troszkę emocjonujące, ale Janusz pewnie prowadzi swoją pirogę do brzegu. Zmniejszamy nieco powierzchnię żagla podbierając go na ocalałej gejtawie i ustawiwszy się rufą do fali wyjeżdżamy miękko na piasek. Wyskakujemy do wody i wciągamy łódź na plażę.
25 lipca rano idziemy razem ze Stefanem na śniadanie do ośrodka, w którym rezydują Rudek z rodziną. Cały anturaż ośrodka tchnie duchem lat 60. i 70. ubiegłego wieku. Czyżby czas tam stanął w miejscu? Podana ryba jest jednak świeża i smaczna, to dobrze nastraja na resztę dnia. Idziemy zobaczyć, jak wygląda morze od strony plaży. Mierzymy wiatromierzem siłę wiatru - jest jeszcze dość wcześnie, a wieje 3 - 4 Beauforta, prognoza mówi zaś o wzroście siły wiatru. Wypada więc zrobić sobie dzień odpoczynkowy. Zgodnie z wcześniejszą umową będziemy pływać dziś tylko po gładkiej wodzie Wisły Śmiałej pozując Rudkowi do zdjęć u boku stefanowego jachciku RAGTIME. Wcześniej jednak trzeba załatwić punkt widokowy dla fotografów. Idziemy do Jachtklubu Stoczni Gdańskiej poprosić o pozwolenie fotografom na zajęcie strategicznej pozycji na wieży. Bosman klubu z nieprzystępną miną mówi, że nie wolno, bo wieża jest skorodowana i niebezpieczna i może dojść do wypadku. Pyta "co chcemy fotografować i po co", więc Stefan mówi, że "dla prasy będą robione zdjęcia tej dziwnej łódki z bocznym pływakiem, która tak szybko pływa", na co bosman natychmiast zmienia wyraz twarzy. Ze słowami "Ach wiem, wiem, widziałem!" i z uśmiechem, prowadzi fotografów, czyli Rudka z rodziną, na dach klubowego budynku, skąd rozciąga się szeroki widok na Rozlewisko Wisły. Tymczasem my i Stefan szybko idziemy do "Neptuna", aby wypłynąć na sesję zdjęciową. Wdzięczność moja jest ogromna, gdyż Stefan pożycza mi swoje sztormowe spodnie, które ochronią moje spalone słońcem kolana i łydki - tylko stopy będą miały kolejną kąpiel słoneczną, ale "nic to". Stefan wypływa jako pierwszy, a my chwilę po nim. Dzisiejsze pływanie po Wiśle Śmiałej jest miłą zabawą. Szybko doganiamy RAGTIMA i wyprzedzamy.
Pływamy razem w polu widzenia naszych fotografów. Wiatr wyraźnie tężeje, co głównie widać po RAGTIMIE, gdyż Stefan zrzuca najpierw bezan i próbuje żeglować na samym grocie, a następnie stawia bezan, staje w dryf, zrzuca grotżagiel, by za chwilę postawić zarefowany. Stefan pływa sam, więc może mieć pewne kłopoty z prowadzeniem swojego jachciku w silniejszych, nierównych podmuchach. My korzystamy z silniejszego wiatru by pobawić się szybkością - PJOA bez trudu osiąga 10 węzłów, a w szkwałach więcej, żadnego przy tym wiszenia na trapezie i prężenia muskułów. Uderzenia wiatru odczuwamy głównie jako przyspieszenie żeglugi. Płyniemy więc też w druga stronę, w kierunku mostu pontonowego w Sobieszewie, zwłaszcza, że RAGTIME zawraca do "Neptuna", co wskazuje, że sesja zdjęciowa zakończona. Podczas tego, krótkiego, wypadu wiatr jest nierówny, bo zakłócony i porwany lądem - są chwile zwolnienia i uderzenia wiatru, który kilkakrotnie potrafi podnieść amę (nawietrzny pływak) nad wodę. Nie pozwalam jej, jednak, zbyt długo latać w powietrzu, luzuję szot i przywieram plecami do ławeczek zwiększając moment prostujący. Na dziś wystarczy - kierujemy się z powrotem do portu Jachtklubu "Neptun". Wieczorem, już po kolacji, widzimy efekt pracy fotografów. Szkoda tylko, że nie zrobili chociaż krótkiego filmiku z wykonania zwrotu na proa, bo w tych warunkach byłoby to ciekawe. Takich filmików jest w sumie niewiele.
26 lipca postanawiamy wypełnić dalszą część założonego planu, czyli zrealizować wypad na wschodnią stronę Zatoki Gdańskiej, w kierunku granicy z Rosją. Pakujemy swoje rzeczy, zwijamy wysuszony namiot i szykujemy się do dalekiej drogi. Wieje dość równo z NEE, więc po minięciu główek, po około godzinnej halsówce, czeka nas żegluga ostrym bajdewindem w kierunku Krynicy Morskiej, a może i dalej. Początkowo jest wiatr o sile 2-3o B i wydaje się, że trudno będzie odejść od gwiazdobloków, bo z morza idzie spora fala wyraźnie spowalniająca ruch PJOA do przodu, ale wyraźnie poruszamy się we właściwym kierunku, a wiatr przybiera na sile by wkrótce wiała już pełna czwórka. Mijamy, na wysokości Sobieszewa, żółto-czarną stawę, którą dopiero później identyfikujemy jako oznaczenie miejsca zrzutu ścieków i udajemy się w kierunku Świbna, gdzie, na łasze stworzonej przez piaski niesione prądem uchodzącej do morza Wisły, widać wyraźny wianuszek przyboju. W lżejszych warunkach można by spróbować przejść bliziutko tego ujścia, a nawet pokusić się o wejście w głąb Wisły. Dziś chyba lepiej trzymać się z dala od tego miejsca, mimo iż niewielkie zanurzenie PJOA pozwala na penetrowanie takich płytkich zakamarków, czego już doświadczaliśmy wcześniej np. w bezpośredniej bliskości Półwyspu Helskiego podczas rejsu Kuźnica - Chałupy - Kuźnica. Robimy zwrot i oddalamy się od ujścia w głąb morza, co wyraźnie uspokaja załogę RIB-a z jednostki SAR, który wygląda jakby wyszedł by dać nam asystę, za co ma nasza wdzięczność, a teraz zawrócił. Oddaliwszy się na bezpieczną odległość, w okolice pławy ŚWB, wracamy na kurs w kierunku Krynicy. Falowanie coraz bardziej pasuje do siły wiatru. Wieje porządne 4 o B. PJOA pokazuje, że jest dzielną jednostką i potrafi żeglować ostro na wiatr, tak samo jak większość współczesnych jachtów, pomimo braku miecza. Ten brak wystającego pod dnem miecza i steru ma teraz konkretne znaczenie. Co pewien czas, w okolicach mijanych rybackich miejscowości np. Kątów Rybackich (jak również wielu innych miejscach mijanych wcześniej na Zatoce Puckiej) napotykamy sieci, które dla współczesnego jachtu mogą stanowić konkretny problem zaczepiając się np. o ster. PJOA może swobodnie ignorować istnienie tych sieci, nawet sieci powierzchniowych, bo bez zaczepiania i szkody dla siebie lub sieci nad nimi przepływa. To wielka zaleta tej łodzi. Żeglujemy żwawo, mijając kolejne nadmorskie miejscowości, które łatwo z morza zidentyfikować, bo w kolejności takiej jak na mapie pojawiają się skupiska plażowych jadłodajni i piwiarni, a wokół nich wielkie zagęszczenie ludzi, które rozrzedza się pomiędzy tymi miejscami. Żegluga jest mokra, bo fala idąca tu z dużej odległości staje się coraz wyższa. Widoczność doskonała przy bezchmurnym niebie. Po prostu wymarzona żegluga. W pewnym momencie spada do wody jedna z gejtaw, ta, którą podebraliśmy nieco do góry bom, to już drugi przewiąz z kevlarowej linki nie wytrzymał obciążenia. "Spokojnie" - mówi Janusz - "mamy przecież jeszcze drugą, a tę naprawimy przy najbliższej okazji", więc zwijamy i zabezpieczamy opadniętą gejtawę wraz z bloczkiem nie przerywając żeglugi. Mijamy wyniosłą wieżę radaru strzegącego naszego wybrzeża i identyfikujemy latarnię morską w Krynicy. Tam, w okolicy przystani rybackiej lądujemy w przyboju, który wzrósł już do ponad metra. Moje pierwsze lądowanie w przyboju jest troszkę emocjonujące, ale Janusz pewnie prowadzi swoją pirogę do brzegu. Zmniejszamy nieco powierzchnię żagla podbierając go na ocalałej gejtawie i ustawiwszy się rufą do fali wyjeżdżamy miękko na piasek. Wyskakujemy do wody i wciągamy łódź na plażę. W tym spontanicznie pomaga nam jeden z plażowiczów, który potem mówi, że "teraz to jest dobrze, bo można sobie swobodnie pływać", bo wtedy kiedy on był tutaj, w czasie Stanu Wojennego w wojsku, to jak dziecko weszło z kółkiem troszkę dalej od brzegu, to chcieli rodziców zamykać za nielegalne przekroczenie granicy. O tym, że wciąż są ludzie chcący w ten sam sposób sprawować władzę nad innymi mieliśmy przekonać się wkrótce... Na dziś, to już koniec rejsu. Szykujemy się do noclegu w namiocie na plaży. Najpierw, jednak, udajemy się na solidną obiadokolację do jednej z pobliskich plażowych knajpek. Tam też Janusz próbuje się zorientować, jak będzie wyglądała sprawa wyciągnięcia zdemontowanego Pjoa i transport po lądzie do przyczepy. Będzie to możliwe, ale może być uciążliwe, bo piasek grząski, a odległość spora i dość stromy fragment do przeniesienia. Telefonicznie umawiamy się ze Stefanem i Rudkiem na temat ewentualnego podjechania do Krynicy, aby Janusz mógł udać się do "Neptuna" po samochód i przyczepę. Demontujemy też olinowanie ruchome, aby rano już mieć je spakowane. Nadchodząca noc przyniesie jednak nowe, ciekawsze rozwiązanie. Po plaży kilkakrotnie przejeżdża traktor z doczepioną broną - czyżby nowe wraca? Nie to zabiegi czyszczące plażę z milionów zalegających śmieci, dziś chyba nikt już nie zabrania ludziom odpływać od plaży... W rozstawionym, po zawietrznej stronie PJOA, namiocie możemy udać się na nocleg, ale plaża nie śpi. Jest przecież weekend, więc tłumy odwiedzają nadmorskie miejscowości. Wciąż ktoś przechodzi koło naszego namiotu i PJOA, ale jest spokojnie i cicho, tylko błyski fleszy mówią nam o tym, że nocni plażowicze robią sobie zdjęcia z proa w tle. Wolimy to niż prawdziwe błyskawice. Przed zaśnięciem postanawiamy, jednak, wcześniejszą niż zwykle pobudkę i w zależności od warunków pogodowych decyzję na temat dalszego postępowania.
"PJOA
na Pucyfiku (ale nie tylko)" część: 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 |
7