Linki

PORT 21 - Magazyn Wodniaków

Projektowanie jachtów Charleston.pl

Tourism promotion - Promocja turystyki i regionów

 
 

Dwaj panowie w proa płyną dalej - część 4

"Dwaj panowie w proa płyną dalej" część: 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6

Autor: Krzysztof Mnich
Fot. Janusz Ostrowski, Stefan Ekner, Mieczysław Szweda, Krzysztof Mnich

Zmienne wiatry

Na niebie nadal cumulusy, wiatr bez zmian - piątka z zachodu. Piasek w zębach, w oczach, w ubraniach i śpiworach, wszędzie. Żegnamy Dębki, ruszamy w dalszą drogę, jeżeli się uda to do Helu, gdzie czeka na nas Stefan Ekner ze swoją łódką.

Prognozy, nadsyłane przez niezawodnego Roberta Hoffmana, przewidują za kilka godzin osłabnięcie wiatru do 2 m/s, a potem zmianę kierunku o 180 stopni. Dziwne - na niebie nie widać oznak takiej zmiany. Przygotowujemy się na warunki podobne jak poprzedniego dnia. Niepokoił nas łopot liku żagla - może zarefowany będzie mniej trzepotał? Zakładamy więc pracowicie refy, stanowiące nasz europejski dodatek do tradycyjnego polinezyjskiego ożaglowania. Próba postawienia żagla - z wysoko uniesionym, prawie pionowym bomem wpada w dzikie oscylacje, uspokaja się dopiero po lekkim wybraniu szota. Trudno, płyniemy.

Port21.pl Reklama w internecie | Projektowanie stron

Chwila "na siusiu" dała mi czas do namysłu. Jak zrobić zwrot pod tak trzepoczącym żaglem? Jak zrównoważyć żaglowo łódź? Jak utrzymać kurs w stronę brzegu, jeżeli zajdzie konieczność ucieczki na ląd? W końcu na pełnym żaglu w takich warunkach już pływaliśmy rok temu, z wiatrem umiemy żeglować "na rzodkiewkę"... czy nie lepiej zrezygnować z refów? Po powrocie oświadczam:

- Wiesz, intuicyjnie nie podoba mi się to refowanie. Na pełnym żaglu będziemy mieli chyba większe pole manewru.

Janusz miał w tym samym czasie identyczne przemyślenia.
Zdjęcie sejzingów trwało może dwie minuty. Potem już bez dalszych dywagacji ruszyliśmy w morze. Płynęliśmy oczywiście pod żaglem zwiniętym "w rzodkiewkę", robiąc bez trudu 4-5 węzłów. Sterował tym razem Janusz, przy fali wysokiej na 1,2 m żeglowaliśmy sucho i pewnie. Mijaliśmy zatłoczone plaże w Karwii, potem zbliżyliśmy się do tarasów Jastrzębiej Góry.
Trochę obawiałem się "polskiego Hornu" czyli Rozewia, którego kamienie i gwiazdobloki pamiętałem z dzieciństwa. Nie byłem też pewien, czy uda nam się utrzymać bez żagli kurs wzdłuż mierzei helskiej przy wietrze odpychającym od lądu. Z rozmyślań wyrwał mnie widok falochronu, wyłaniającego się zza niedużego cypelka. To było Władysławowo - właśnie minęliśmy "groźne" Rozewie i bez trudu ciągnęliśmy dalej wzdłuż brzegu. Kiedy mijaliśmy port, spomiędzy główek wyszedł jacht, jakaś duża Mantra albo Delphia. Pod genuą i zarefowanym grotem oddalali się szybko od brzegu - nie wykluczaliśmy jednak, że oni także kierują się na Hel.

Obserwowaliśmy ich przez dłuższy czas - o dziwo, kąt namiaru nie zmieniał się. Prędkość jachtu w kierunku z wiatrem była taka jak nasza - tyle że myśmy mieli zwinięty żagiel! Kolejny jacht wyszedł z portu nieco później, kierując się wprost za nami. Ten został daleko w tyle...
Żałowaliśmy straconych na początku dwóch dni - miło byłoby wysztrandować w Chałupach i spotkać Aleksandra Celarka, zawsze zainteresowanego tradycyjnymi łodziami. Jednak czas uciekał, Stefan czekał w Helu, w dodatku wiatr zaczął nieco słabnąć. Przed południem naśmiewaliśmy się z nietrafionych - jak nam się wydawało - prognoz. He he he, dwa metry na sekundę, hi hi, południowy wschód! Teraz okazywało się, że rzeczywiście wieje coraz słabiej. Po chwili rozwinęliśmy żagiel, aby utrzymać prędkość 4 węzłów.

Na wysokości Jastarni wiatr zdechł zupełnie. Nie pozostało nic innego jak zwinąć żagiel (ponownie "w rzodkiewkę") i wziąć się do wioseł. Na pagajach dotarliśmy mniej więcej do Juraty, gdy poczuliśmy wyraźny podmuch. Oczywiście - z południowego wschodu, całkowicie zgodnie z prognozą. I całkowicie "w mordę".

Halsówka wokół Helu, przy dość słabym wietrze i sporej martwej fali, dłużyła się bez końca. Każdy hals, nabierający wysokości, łudził nadzieją, że już następny wyprowadzi nas poza półwysep. I tak przez kilkanaście halsów... W międzyczasie doszły nas jachty, które widzieliśmy we Władysławowie - oba po prostu uruchomiły silniki. W końcu Janusz wziął sprawy w swoje ręce i również "uruchomił silnik". Na pagaju, przy żaglu wybranym niemal do diametralnej (o ile proa takową posiada) udało się w końcu minąć cypel. Na ominięcie (pustego) kąpieliska nie starczyło nam już wysokości, przemknęliśmy miedzy czerwonymi a żółtymi bojkami.


Na główce falochronu stał już Stefan, zapraszając do portu. Wożący wczasowiczów kuter CAPT. MORGAN zaofiarował nam miejsce przy swojej burcie, woleliśmy jednak postój w marinie. Oryginalność PJOA została tam doceniona zniżką w opłacie portowej, a załoga zyskała przyjazny "hotel" na 5-metrowym RAGTIME'ie Stefana. Osiągnęliśmy nasz cel, nazajutrz pozostało nam już tylko efektownie zakończyć rejs.

"Dwaj panowie w proa płyną dalej" część: 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6
 
 
  © Magazyn Wodniaków Port21.pl | Reklama w internecie | Photo Stock | Promocja regionów i turystyki | Projektowanie stron
Projektowanie stron, pozycjonowanie stron www
Katalog SEO   Katalog Stron www   Katalog Dobrych Stron DI   Katalog Stron WWW
 
Strona główna Biuro podróży