![]() |
|
Autor: Krzysztof Mnich Zmienne wiatry Na niebie nadal cumulusy, wiatr bez zmian - piątka z zachodu. Piasek w zębach, w oczach, w ubraniach i śpiworach, wszędzie. Żegnamy Dębki, ruszamy w dalszą drogę, jeżeli się uda to do Helu, gdzie czeka na nas Stefan Ekner ze swoją łódką. Prognozy, nadsyłane przez niezawodnego Roberta Hoffmana, przewidują za kilka godzin osłabnięcie wiatru do 2 m/s, a potem zmianę kierunku o 180 stopni. Dziwne - na niebie nie widać oznak takiej zmiany. Przygotowujemy się na warunki podobne jak poprzedniego dnia. Niepokoił nas łopot liku żagla - może zarefowany będzie mniej trzepotał? Zakładamy więc pracowicie refy, stanowiące nasz europejski dodatek do tradycyjnego polinezyjskiego ożaglowania. Próba postawienia żagla - z wysoko uniesionym, prawie pionowym bomem wpada w dzikie oscylacje, uspokaja się dopiero po lekkim wybraniu szota. Trudno, płyniemy.
Chwila "na siusiu" dała mi czas do namysłu. Jak zrobić zwrot pod tak trzepoczącym żaglem? Jak zrównoważyć żaglowo łódź? Jak utrzymać kurs w stronę brzegu, jeżeli zajdzie konieczność ucieczki na ląd? W końcu na pełnym żaglu w takich warunkach już pływaliśmy rok temu, z wiatrem umiemy żeglować "na rzodkiewkę"... czy nie lepiej zrezygnować z refów? Po powrocie oświadczam:
Janusz miał w tym samym czasie identyczne przemyślenia. Obserwowaliśmy ich przez dłuższy czas - o dziwo, kąt namiaru nie zmieniał się. Prędkość jachtu w kierunku z wiatrem była taka jak nasza - tyle że myśmy mieli zwinięty żagiel! Kolejny jacht wyszedł z portu nieco później, kierując się wprost za nami. Ten został daleko w tyle... Na wysokości Jastarni wiatr zdechł zupełnie. Nie pozostało nic innego jak zwinąć żagiel (ponownie "w rzodkiewkę") i wziąć się do wioseł. Na pagajach dotarliśmy mniej więcej do Juraty, gdy poczuliśmy wyraźny podmuch. Oczywiście - z południowego wschodu, całkowicie zgodnie z prognozą. I całkowicie "w mordę". Halsówka wokół Helu, przy dość słabym wietrze i sporej martwej fali, dłużyła się bez końca. Każdy hals, nabierający wysokości, łudził nadzieją, że już następny wyprowadzi nas poza półwysep. I tak przez kilkanaście halsów... W międzyczasie doszły nas jachty, które widzieliśmy we Władysławowie - oba po prostu uruchomiły silniki. W końcu Janusz wziął sprawy w swoje ręce i również "uruchomił silnik". Na pagaju, przy żaglu wybranym niemal do diametralnej (o ile proa takową posiada) udało się w końcu minąć cypel. Na ominięcie (pustego) kąpieliska nie starczyło nam już wysokości, przemknęliśmy miedzy czerwonymi a żółtymi bojkami.
Na główce falochronu stał już Stefan, zapraszając do portu. Wożący wczasowiczów kuter CAPT. MORGAN zaofiarował nam miejsce przy swojej burcie, woleliśmy jednak postój w marinie. Oryginalność PJOA została tam doceniona zniżką w opłacie portowej, a załoga zyskała przyjazny "hotel" na 5-metrowym RAGTIME'ie Stefana. Osiągnęliśmy nasz cel, nazajutrz pozostało nam już tylko efektownie zakończyć rejs.
|
| © Magazyn Wodniaków Port21.pl | Reklama w internecie | Photo Stock | Promocja regionów i turystyki | Projektowanie stron | |
Katalog Stron WWW
|
|